wtorek, 11 października 2011

Prostota

Każdy z nas chcę czegoś od życia. Większość chciałaby czegoś wzniosłego,
zostawić po sobie wyraźny ślad, osiągnąć sukces i zdobyć sławę.
Ja wolę zostać sobą. Kundzią. Może nie taką znowu szarą i przeciętną ale mimo wszystko
zwykłą.

Żeby cieszyć się spokojem i stałością dnia codziennego trzeba to stracić.
Dopiero gdy nadejdzie ''koniec świata'' doceniamy to co było.
Teraz gdy czytam swoje dramatyczne i emo posty z sierpnia
z gardła wyrywa mi się gorzki szloch.
Przecież byłam wtedy taka szczęśliwa! Miałam przyjaciół, stałych, niezmiennych.
Miałam ciągle naiwne spojrzenie na pewne sprawy.
Chciałam zdobywać niebo i zrywać gwiazdy.
Chciałam zmian.
Nie doceniałam tego co mam, wydawało mi się, że ja biedna jestem tak nieszczęśliwa,
że monotonia pozostanie na zawsze taka jaka była.
Uważałam, że nic się nie zmieni, że to co mam w tym danym momencie,
będzie już takie zawsze.
Lecz ludzie przychodzą i odchodzą z naszego życia.
Choćbyśmy bardzo chcieli nie możemy ich zatrzymać.
I nie ważne czy ta osoba była w naszym życiu tydzień, rok czy dziesięć lat.
Czasem po prostu drogi się rozchodzą.
Doceniajmy przyjaźń póki trwa.
Doceniajmy szczęście póki trwa.
Doceniajmy nawet pozorną monotonie.
I doceniajmy każdą chwile spędzoną z osobą, która jest dla nas całym światem.
By potem mieć chociaż wspomnienia.


 Pod słońce
 Z różowym świtem pierwszy w światło stawiam krok
 Zórz horyzontem napełniam duszę mą
 Senne marzenia zostawiam za siną siatką mgieł
 Witam świat. Wiem, czego chcę!

 Biec pod słońce, kochać mocniej, chłonąć każdy dzień
 Przed horyzontem znaleźć spokój pod koronami drzew
 Spocząć na chwilę i znów szczęście nieść
 Wiedzieć, że żyję - cieszyć się

Radości beztroskiej zdroje wyplotę z promieni przędz
Duszy żagiel wypełnię wśród ciepłych wiatru tchnień.
Nadziei korzenie wsadzę w wiary żyzny grunt
By jutro znów, by jutro znów.

Biec pod słońce.

 Aż zmrok zmęczenia kołdrą otuli mnie
 kalejdoskopu przeszłych dni na nowo życia czytam treść
 Z lekkością ptaka frunę pod snów tęczy szczyt
 By jutro na jawie spełnić największy z nich.

Biec pod słońce.

poniedziałek, 10 października 2011

Jesiennie

Jesień. Czas deszczu, opadających liści.
Sentymentalnych piosenek, sentymentalnych książek, filmów
no i rozczulania się nad sobą.
Ciężko o radosne myśli przy takiej pogodzie.
Nawet gdy chcesz być pogodny to katar kapiący z nosa, pogoda przyprawiająca
o chandrę i kolejny raz przemoknięte buty wcale tego nie ułatwiają.
O tej porze roku najłatwiej jest się nad sobą rozczulać.
Ja sama się nad tym przyłapuje.
Gorąca herbata, czekoladowe ciastka, ballady Starego Dobrego Małżeństwa
i smętne myśli pt ''życie jest beznadziejne i nikt mnie nie rozumie''.


Mam to w nosie. Mam w nosie, że tyle przyjaźni facet - dziewczyna
się rozpada, bo jedna osoba się np. zakochuje.
Kurcze. W końcu mam kogoś na kogo zawsze ale to absolutnie zawsze mogę liczyć.
Kogoś u kogo nie ma ''nie chce mi się'' gdy o coś proszę.
Kogoś do którego zawsze mogę iść na kawę i zwyczajnie pogadać.
Nie chcę żeby ta przyjaźń się rozpadła i mam nadzieje, że to nigdy nie nastąpi.
Arrr. Czemu jesteśmy wszyscy nastolatkami z szalejącymi hormonami?
Najgorsze jest to, że tak naprawdę nie mogę nic zrobić.
Nie ma pomiędzy nami innej opcji niż przyjaźń, nie ma i tyle.
Więc cóż. Pozostaje mi wiara w to, że jednak taka przyjaźń jest możliwa.



Ideały stanowiły dla mnie w ciągu ostatnich lat pojęcie dość abstrakcyjne.
Nawet sama nie wiem kiedy zaczęło mi zależeć.
I teraz gdy znowu złapałam bakcyla. Gdy znowu Prawo Harcerskie
zawisło w moim pokoju nie potrafiłabym wrócić do tego co było.
I wydawało mi się, że dla niej jest tak samo.
Że ideały, że Prawo, że to wszystko stało się częścią jej życia.
A cóż... Czasami naprawdę żałuje, że stwierdziłam, że jest gotowa na Krzyż.
A najżałośniejsze w tym jest to, że jeszcze nie dawno ona twierdziła,
że to ja nad sobą nie pracuje.
Cóż gdybym nie pracowała to pewnie też bym w czasie każdej przerwy
puszczała swoje smutki z dymem papierosa.
Tyle, że hmmm... to tak jakby... nie działa i nigdy działać nie będzie.
Więc po co?

Przyjaźń damsko-męska

Hmmm...
Czy coś takiego może funkcjonować...
Kiedyś ja absolutnie w to nie wierzyłam.
Ale teraz jestem już mądrzejsza i widzę, że takie przyjaźnie funkcjonują.
I mam nadzieje, że mi też się uda.
Choć i tak już część ludzi twierdzi, że mam z nim romans.
Tak oczywiście jasne.
Specjalnie doprowadziłam do tego żeby zerwał z dziewczyną, żeby
mieć z nim swój własny ognisty romans...
Ja mhm...-.-


idę robić kisiel i umierać z powodu rozkładającego mnie przeziębienia mimo, którego
musiałam poprowadzić dzisiaj zbiórkę zastępu, zrealizować co miałam do zrealizowania
i być pełna poweru i energii. MASAKRA.

niedziela, 9 października 2011

Samotna wędrówka cd

Może przesadzam czy coś.
I w ogóle słowa Druha nie miały absolutnie nic wspólnego ze mną.
I może wszyscy dogryzali mi tylko i wyłącznie w żartach,
mówiąc, że stwierdzili, że zamarzłam
lub się poddałam.
No ale to nie zmienia faktu, że jest mi przykro.
Tak bardzo się staram, tak bardzo nad sobą pracuje.
Na zbiórkach czy wyjazdach Leśnych staram się nie marudzić.
Staram się dawać radę. Być twarda. Niezależnie ile mnie to kosztuje.
I owszem może na obozie byłam marudna i momentami wręcz leniwa
ale tak naprawdę to ja z kwaterki nie robiłam prawie nic na moim wcześniejszym
obozie, poza tym to było lata temu i gdy nagle miałam być wszechwiedzącą
zastępową robiącą za 5 i umiejącą wszystko to po prostu rzucałam wszystko w diabły
i miałam dość.
Ale sorry chyba widać jak bardzo ja się zmieniłam ostatnio.
I ile mi obóz dał.
A i tak nikt nie ma we mnie za grosz wiary.
Byłam taka dumna z siebie, że dałam radę na wędrówce,
że nie zmarzłam, że się nie poddałam, że mimo tego, że byłam
mokra i zmarznięta zbudowałam dla siebie szałas i jednak w nocy nie zmarzłam
i co
przychodzę i dowiaduje się, że faceci latali rano po lesie szukając mnie
mając dla mnie suche rzeczy
mając przed oczami mnie zjedzoną albo co najmniej zamarzniętą.
No i co gdy mnie nie znaleźli to stwierdzili, że sobie do domu pojechałam, tak?
Ja specjalnie wlazłam głęboko w las, bo chciałam być sama.
Nie chciałam się ciągle zastanawiać czy mnie ktoś usłyszy czy zobaczy.
Chciałam móc myśleć na głos, śpiewać duety sama ze sobą i zwyczajnie BYĆ sobą
mając tą miłą świadomość, że jestem naprawdę sama.
Może nie jestem twarda, może nie jestem bohaterem, może jestem marudna
ale co jak co jestem uparta i gdy się naprawdę zawezmę to się nie poddam.
A na tą wędrówkę się strasznie zawzięłam.
Od dwóch tygodni łaziłam i jojczałam, że chce jechać, więc jakbym mogła
się poddać??

I owszem cieszę się, że się martwili ale wolałabym gdyby sobie jednak darowali.
Owszem może i potykam się o własne nogi i ciągle gubię, owszem może
i pojechałam z pobolewającą momentami kostką ale i tak mogliby mieć
we mnie trochę więcej wiary.


Ps. Kostka praktycznie przestała boleć.
Ps2. Powlokłam się dzisiaj z Leszkiem i Agat na koncert zespołu N.
I w sumie nie byli źli.
Strasznie ciekawa byłam jak zagrają jako, że słyszałam o tym zespole
od dziewczyn, które chodzą z nimi do LO
i są oczywiście standardowo ich tajemniczymi wielbicielkami...
Ach czasami wolałabym nie wysłuchiwać części plotek.
Generalnie rzygać mi się chciało od debat czy zagrają dobrze czy źle.
A no i oczywiście 99,9 % tajemniczych wielbicielek
się na koncercie nie pojawiło. Cóż... temperatura spada poniżej 15 stopni
i jest wilgoć w powietrzu (włosy się kręcą) to już nie można wyjść z domu.

Samotna wędrówka

Piątek popołudnie. Las. Deszcz. Buty mokre po paru minutach marszu.
Choć teoretycznie przemóc nie powinny.
Plecak z przywiązaną karimatą czepiającą się o drzewa.
Problemy z zasięgiem.
Szukanie drogi.
Yeah jest zasięg. Telefon do Agaty: Skontaktuj się z Leszkiem.
Po krótkich instrukcjach od Leszka docieram na miejsce z którego wyruszę.
Stwierdziłam, że będę się trzymać blisko szkółki leśnej
żeby się nie zgubić, przy czym oczywiście zaabsorbowana
szukaniem miejsca gdzie się rozbije i tak ją zgubiłam.
Generalnie miejsce znalazłam idealne. Dwa drzewa rosnące w odległości
takiej, że idealnie pomiędzy nimi się mieściłam.
Budowa szałasu poszła szybko choć w sumie ten szałas był raczej taki
prowizoryczny, gdyż byłam już naprawdę zmęczona.
Oczywiście po godzinie zaczął przemakać.
Śpiwór oczywiście przemókł w nogach.
Koc ratowniczy guzik dawał i śpiwór i tak był mokry.
No ale przynajmniej plecak w miarę wytrzymał.
No i oczywiście kolejny telefon do Agat jako, że wszystko miałam mokre.
No i oczywiście wkrótce potem padła mi bateria.
No i oczywiście źle zamknęłam termos i część herbaty się wylała
a to co zostało to wystygło.
No ale przetrwałam i w sumie nie było źle.
Nie licząc tego, że błądziłam potem po lesie przez dobrą godzinę
i że w sumie gdybym nie spotkała Sikorki to bym błądziła dalej.
No a potem warsztaty. Zajęcia Sikorki, które mi się mega przydadzą
w pracy z zastępem. Jako, że zamierzam iść w zioła i te sprawy.
No i generalnie było fajnie, bo byli fajni ludzie.


Z fobii do pająków jestem totalnie wyleczona i jakoś
nie przeszkadzały mi one w spaniu mimo, że w szałasie
ich trochę było.
A nad lękiem wysokości pracuje bardzo usilnie.



A no i Leszek i Sławek szukali mnie rano żeby dać mi suche rzeczy
i oczywiście mnie nie znaleźli, a gdy ja słyszałam w dali jakieś niewyraźne krzyki
to nie wpadłam na to, że to ktoś woła mnie.



Cóż. Nie wiem jak mam się z tym czuć i zaczynam być powoli wściekła
ale bardziej to jest mi przykro.
Część myślała, że poddałam się i pojechałam do domu,
część zastanawiała się jakim cudem przetrwałam
i w ogóle jakoś tak nikt nie zakładał, że poradzę sobie bez problemów.
Szczególnie, że powiedziałam Agat, że pada mi bateria
więc wiedzieli czemu nie odbieram.
Plus dziwnie się czułam gdy siedziałam obok Druha, a on gadał z jedną z drużynowych
i zaczęłam słuchać w momencie gdy mówili o realizacji stopni i sprawności
i był długi wywód na temat tego, że nie trzeba bardzo pilnować
realizowania elementów prób, bo wszystko rozgrywa się w naszym sumieniu
i że gdy ktoś np. zrejteruje z samotnej wędrówki i pojedzie do domu
albo pójdzie do jakiegoś gospodarstwa to ten naramiennik wędrowniczy
już zawsze będzie przypominał mu o oszustwie.
No i tak się zaczęłam zastanawiać czy mówił to przez wzgląd na mnie
taka lekka sugestia czy coś i zrobiło mi się naprawdę przykro, że aż tak
we mnie nie wierzy.
A i wnerwiłam się gdy przeczytałam na Leśnych, że niby znaleźli szczątki mojego szałasu.
Sorry ja byłam po pierwsze naprawdę głęboko w lesie po drugie deszcz i tak
by zatarł wszystkie ślady mojej obecności, po trzecie ja tłukąca ciągle moim dzieciom,
że harcerz nie pozostawia po sobie śladów bytności miałabym je zostawić?
Nie no dzięki, od razu mi cieplej na sercu...

Chyba tylko Agata naprawdę we mnie wierzyła. Że sobie poradzę, że się nie poddam.
Agat dzięki za Twoją niezachwianą pewność, że przetrwam :)

czwartek, 6 października 2011

Użalanie się nad sobą

To, że ja lubię marudzić wie każdy.
Niemarudząca Kundzia to nie Kundzia i tyle.
Tyle tylko, że jest różnica pomiędzy marudzeniem, a użalaniem nad sobą.
To pierwsze mi nie przeszkadza (zgadnijcie czemu;)) ale to drugie mnie wnerwia niemiłosiernie.
Choć w sumie ja popadłam w totalną skrajność,
 bojąc się, że zacznę się nad sobą użalać
owszem marudzę ale na tym się kończy.
Tak wiem jestem głupia.
Owszem mogę sobie pomarudzić, że kostka mnie boli no ale to tyle w temacie.
Bandaż i dalej w świat. Noga nie odpadnie.
Nie mam zamiaru siedzieć w domu, bo mnie nóżka boli.
Choć ćwiczenie na wfie, bo opuchlizna zeszła i tak w sumie już nie boli
było z mojej strony skrajną głupotą.
No ale gdybym nie ćwiczyła to bym musiała się przyznać mamię, że mnie kostka boli.
A się nie przyznam, bo mnie zatarga do lekarza.

Z CAŁEGO SERCA NIENAWIDZĘ gdy ktoś zwala wszystko na chorobę,
ból głowy, niedyspozycje, złe samopoczucie itd
kurcze już lepiej się przyznać nie chce mi się i tyle
ewentualnie powiedzieć; ej sorry potrzebuje twojej uwagi, zaopiekuj się mną.

Nie wiem czemu gdy mi coś jest to włącza mi się tryb pt ''walić to''.


To jest coraz bardziej zabawne. Mam z Wiki i Werą niesamowity ubaw
patrząc na to dzień w dzień.
Przyjaźń? Błagam...


Przez zamiecie i burze
Przez zamiecie i burze
Przejdę w szarym mundurze
Tylko stopień się zmieni i sznur
Na rękawie zagości
Kilka nowych sprawności
A w podeszwach przybędzie nam dziur
Czas podkładkę położy
Złote liście pomnoży
Tylko krzyż pozostanie ten sam
Zżółkną w naszej kronice
Śnieżnobiałe stronice
Fotografie wyłuska ktoś z ram
Bluza w słońcu spłowieje
Popiół z ognisk rozwieje
Wtórujący w piosence nam wiatr
Plam na mapie zabraknie
Barwa chusty wyblaknie
Wśród wędrówek od morza do Tatr.
Za lat pięć albo dziesięć
Lub za trzydziestolecie
Za ćwierć wieku a może za pół
Posiekany przez deszcze
Ciągle trwać będzie jeszcze
Nasz proporzec, odwieczny nasz druh.

Nie ważne co się będzie działo, co stanie na drodze, kto stanie na drodze
i ile słabości będę musiała pokonać będę działać. Choćbym miała
wytoczyć wojnę z każdym. Zresztą ja i Wera już powoli ją zaczynamy.
Póki mamy siebie nawzajem to jesteśmy w stanie zdobyć wszystko.
Udowodnimy, że my też potrafimy.
Że nie tylko pani X i Y są idealnymi harcerkami, które wręcz powinniśmy wielbić,
że my też coś potrafimy.
Gdy wstępowałam wszystko wydawało się tak idealne...

środa, 5 października 2011

''Zostańmy przyjaciółmi''

Tekst ''zostańmy przyjaciółmi'' jest chyba jednym z najbardziej oklepanych
i niestety najczęściej używanych kłamstw przy zrywaniu.
Owszem gdy miłość wypala się z obydwu stron lub gdy tak naprawdę nigdy jej nie było.
To może to ewentualnie zadziałać.
A najczęściej? Cóż. Rzadko wychodzi.
Większość z nas wie o tym z własnego doświadczenia, że to nie wychodzi.
Ja również. No ale mogę sobie mu gadać i tłumaczyć.
Dobra niech sobie robią co chcą.
Przynajmniej mamy z Werą rozrywkę.
Co jak co ale wszelakie wędrówki, zimowiska itd będą teraz bardzo ciekawe...


Cóż. Nie zaliczę sprawdzianu z funkcji liniowych.
Nowrotkowa mnie nie przepuści do 3 klasy
i będę sobie chodziła do klasy z Werą.
Bo wszyscy moi znajomi nie potrafią matematyki.
Cudownie, słodko i słitaśnie -.-


Kocham moją pracę
Tłumaczenie przez 5 minut jak obsługiwać Google Earth,
a potem dwu godzinne plotki.
I jeszcze mi za to płaci.
A trzeba było iść do zegu na informatykę to bym rozkręciła cały biznes
nauki obsługi komputera.
No i bym miała do szkoły hmm... całą minute drogi.

A tak a propos zegu.
Dzięki temu że wybudowali TBSa to nie muszę teraz latać
z markerem i zamazywać haseł antysemickich.
Bo im się nie chcę go obchodzić i włazić mi do bloku.
Tyle dobrze.





Gdy nie byłam harcerką w pewnym momencie zaczęłam za tym wszystkim tęsknić.
Za dymem ogniska, dźwiękiem gitary, biwakami, nawet za służbą.
Czułam, że dryfuje bez celu.
Teraz mogę się realizować. Teraz mam to za czym tak tęskniłam.
Muszę tylko znaleźć w sobie siłę, by nie pozwolić sobie się poddać.
By nie pozwolić by to co inni o mnie sądzą, by te wszystkie złe rzeczy,
które są pomiędzy mną, a tymi, których uważałam za przyjaciół
przysłoniły mi to dlaczego wróciłam.
Choć jeśli dalej tak pójdzie to się zwyczajnie wypalę.
Każdy musi mieć chwile dla siebie.
Nie można ciągle działać.
Chciałabym mieć czas żeby poczytać książkę i zwyczajnie nic nie robić.
Chciałabym mieć wolny weekend by pojechać sobie w góry
i odpocząć. Odpocząć od wszystkiego.
Choć przez chwile nie myśleć o stopniach, sprawnościach, zastępie.
Patrzeć w błękitne niebo i nie myśleć o tym ile jeszcze pracy nad
sobą mnie czeka. Ile jeszcze dróg muszę przejść.

wtorek, 4 października 2011

Życie w biegu

Każdy dzień wygląda tak samo. Chodzę spać późno, wstaje wcześnie. Nie mam chwili dla siebie.
Żałuje, że byłam dzisiaj w kinie, bo nagle okazuje się, że jutro też będę miała
cały dzień zajęty więc prace muszę przełożyć na czwartek.
Musze się zdecydowanie ogarnąć, bo zwyczajnie się nie wyrabiam.
Wracam do domu wieczorem i na naukę po prostu nie mam czasu.
Od przyszłego tygodnia koniec tego. Zbiórka w poniedziałek, a potem mam wszystko w nosie
i przez cały tydzień się uczę.
Gdy moja mama zobaczy moje oceny to zwyczajnie zabroni mi bycia w Leśnych.
Zaczyna się to samo co w zeszłym roku, czyli oceny takie, że wyjdź i nie wracaj.
Mam nadzieje, że do następnego zebrania daleko.
No ale przynajmniej nie mam jeszcze żadnej godziny opuszczonej.
Tyle dobrze.

Dzisiaj byłam na Bitwie Warszawskiej.
Dziwny film. Strasznie poplątany, przeskakujący od sceny do sceny
ni stąd ni zowąd
no i to 3D mogli sobie jednak darować. Wszystkie sceny w których
była jakaś dynamiczna akcja zwyczajnie się rozmazywały.
No ale w sumie film niezły. Polecam.


Jutro jadę na Murcki zbierać drewno. Wiem gdzie mam wysiąść
z autobusu i w sumie na tym moja wiedza się kończy.
Masakra -.-

Standardowo nie ogarniam mojego życia.

gdyby to było takie proste...



Łączenie harcerstwa i związków to nie jest dobry pomysł.
Rzucać drużynę o której się marzyło tyle lat?
Cóż. Coraz bardziej się cieszę, że odeszłam z ZHR i nie widzę jego rozpadu.

niedziela, 2 października 2011

Faceci są z marsa, a kobiety z wenus

Dzisiejszy dzień mimo wszystko pozytywny.
Jest jeszcze jakaś nadzieja dla facetów.
Niektórzy potrafią poskromić swoje wybujałe ego i przyznać się do błędu.
Ale i tak większość facetów to totalni kosmici, którzy
nie powinni chodzić po tym świecie, bo doprowadzają
biedne kobiety do zgrzytania zębami.

Im dłużej żyje na tym świecie tym mniej rozumiem facetów.
Może jednak powinnam pójść na tą psychologie?
Choć w sumie wątpię żebym nauczyła się tam czegoś
co zrewolucjonizuje mój świat.

Moje życie jest chore i doprowadza mnie do absolutnego obłędu.
Sama nie wiem co mam ze sobą zrobić!



Zadanie z angielskiego mnie woła. Dobranoc :)

sobota, 1 października 2011

This life choose me

W życiu bywa ciężko. Są większe tragedie niż złamane serce,
są bardziej gorzkie słowa niż te rzucone
bezmyślnie, bez zastanowienia się jak druga osoba to przyjmie,
są ludzie okrutniejsi niż ci, którzy
bezmyślnie kogoś wyśmiewają. Życie to nie bajka usłana różami.
Czasami gdy nadejdzie nasz własny prywatny koniec świata
trzeba przekroczyć jego próg z uśmiechem, z odwagą, z piosenką na wargach.
Owszem czasem łatwiej po prostu spaść. Poddać się.
Przecież nikt mnie nie rozumie, nikt nigdy tego nie przeżywał,
to ja zawsze mam najgorzej. Ja, ja, ja. Ja jestem przecież jedyna,
niepowtarzalna, oryginalna i cały świat kręci się tylko wokół mnie.
A moje ego jest tak wielkie, że ledwo się z nim w pokoju mieszczę.
Jak ja mogę nie być we wszystkim najlepsza, nie mieć tego co chce,
jak ktoś mi może wytknąć błąd.Nie oszukujmy się. Ludzie są egoistami i
egocentrykami. Owszem są wyjątki ale rzadko wśród nastolatków.
I tak ja też nie jestem idealna. I ja też czasami chce żeby wszyscy
się mną przejmowali, pocieszali mnie mówiąc jaka to ja jestem wspaniała i
wyjątkowa. I wiem, że czasem ktoś coś mi mówi nie po to by mnie
umyślnie zranić, tylko po to, żebym się ogarnęła.
No i niestety większość ludzi i to nawet ludzi, którym
się wydaje, że znają mnie dość dobrze, myśli,
że ja jestem osobą pewną siebie, przebojową itd.
Guzik prawda. Większość ludzi gdy słyszy, że jestem nieśmiała stwierdza
 '' ta jasne'' nie wiedząc ile mnie kosztuje to, żeby każdego dnia z tą
nieśmiałością walczyć. Jedynie może Kamila może pamięta
jaka byłam kiedyś, w podstawówce. Okularnica przezywana ''kujonką'',
bo siedząca wiecznie sama w kącie z książką, nie gadająca praktycznie z nikim,
żyjąca w swoim własnym świecie, wiecznie się alienująca.
Wiecznie chowająca się za czyimiś plecami. Byłam małą, cichą dziewczynką,
bez przyjaciół, bez własnego zdania.
I teraz czasami znowu się tak czuje. Ale się nie poddaje.
Będę walczyć o to by każdy nowy dzień witać z uśmiechem,
bez obaw co przyniesie. Będę walczyć o to by nie przewracać
się bezmyślnie w nocy z boku na bok tylko by zasypiać ze słodkim przekonaniem,
że to był dobry dzień.
Tylko, że nie tak łatwo zapomnieć słowa rzucone od tak, nawet jeśli wypowiedziane
''dla mojego dobra''. Co mam przykleić sobie na czole kartkę ''pamiętam wszystko co
mi się kiedykolwiek powiedziało''? LUDZIE OGARNIJCIE SIĘ

http://emhyrus.wrzuta.pl/audio/3agy1qEI0ZV/na_rozstaju_drog